Darmowa dostawa od 199,00 zł

Martyna Wojciechowska ''Przesunąć horyzont. 20 lat później'' - fragment

2026-06-25
Martyna Wojciechowska ''Przesunąć horyzont. 20 lat później'' - fragment

Martyna Wojciechowska ''Przesunąć horyzont. 20 lat później'' - fragment

– To tu zaczęło się twoje życie – mówi mama, siedząc na łóżku przykrytym pledem. Chyba się rozmarzyła na to wspomnienie. 

Jestem tak zaskoczona tym wyznaniem, że nie wiem, jak to skomentować. 

– Byliśmy z tatą akurat na feriach – kontynuuje opowieść. Nie jestem pewna, czy chcę znać szczegóły. Mam wtedy 14, może 15 lat i dość mgliste pojęcie o seksie. 

Jesteśmy w Zakopanem, w jednym z wielu typowych dla Podhala domów. Tego dnia mama uparła się, że koniecznie musimy odwiedzić jakąś jej znajomą gaździnę na Krupówkach. Przywitały się wylewnie, mama mnie przedstawiła, wdrapałyśmy się po stromych schodach na pierwsze piętro i usiadłyśmy na łóżku w tym niewielkim, przytulnym pokoju. Dopiero tam zrozumiałam, dlaczego zawsze tak dobrze się czułam wraz ze wzrostem wysokości nad poziom morza. 

Może dlatego góry wracały do mnie tak uparcie, nawet wtedy, gdy wydawało się, że powinnam myśleć o czymś innym? Dakar, praca w terenie, długie podróże – zawsze, gdy przylatywałam do Polski albo miałam przerwę między zdjęciami, uciekałam na weekendy na południe kraju. To tam oswajałam się z wysokością i zmęczeniem, jeszcze nie wiedząc, że wkrótce na mojej drodze pojawi się pierwsza góra, która ustawi tę drogę na poważnie. 

Latem 2002 roku trafiłam na oddział zakaźny w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni. Podczas Rajdu Dakar zaatakował mnie jakiś wyjątkowo uciążliwy pierwotniak. Miałam gorączkę, byłam bardzo osłabiona, wymiotowałam, pojawiły się też inne komplikacje. 

Byłam mocno podłamana ponadpółrocznym bezowocnym krążeniem od szpitala do szpitala. Oddział chorób zakaźnych ma to do siebie, że można się tam zetknąć z bardzo nietypowymi chorobami, przynajmniej w Polsce: malarią, dengą, bilharcjozą, są też chorzy z zagnieżdżonymi pod skórą robakami. A każdy z nich żyje tylko swoim własnym problemem i opowiada z przejęciem o próbkach kału i dziwnych objawach chorób, o których istnieniu nawet nie słyszałam. Wpatruję się ponuro w sufit pomiędzy kolejnymi badaniami, kiedy dzwoni telefon. 

– Chcesz jechać na Mont Blanc? – Głos kumpla z Warszawy wyrywa mnie z letargu. 

– Jasne, pojechałabym, ale leżę w szpitalu i… A tak właściwie to kiedy jedziecie? – Gdy tylko słyszę o jakiejś wyprawie, moja niespokojna natura nie pozwala mi nie zareagować. 

– Za tydzień, może dwa. Jeśli chcesz, poczekamy na ciebie. Zabieraj tyłek z tego szpitala i kup sobie trochę sprzętu. 

Sprzęt nabywam, dyktując listę zakupów przez telefon – moja przyjaciółka i menedżerka Marta Grajeta chodzi do sklepów i odbiera zamówienia, część rzeczy wybiera sama. Zupełne wariactwo. Po tygodniu staję się posiadaczką sterty sprzętu potrzebnego i zupełnie niepotrzebnego. Na wszelki wypadek pakuję wszystko do wielkiego plecaka i pod koniec sierpnia ruszam z dwójką przyjaciół w Alpy. Na miejscu dołącza do nas ekipa młodych wspinaczy z klubu wysokogórskiego. 

Po wielogodzinnej jeździe samochodem z Polski do Francji docieramy do Chamonix, gdzie, żeby zaoszczędzić kasę, nocujemy w samochodzie. Rano widzę, że stoimy dokładnie pod napisem „Zakaz parkowania”. Zarzucam plecak i ruszamy szybko do góry. Każdy spieszy się do pracy zaraz po weekendzie. 

Pogoda nam nie dopisuje – wieje silny wiatr, pada. Podczas podejścia jestem zmęczona i spocona jak mysz. Tuż przed schroniskiem Tête Rousse zastanawiam się, czy moja kiepska forma to efekt niedawno przebytej choroby, czy też ogólnie słabej kondycji. 

– Jak ja, do cholery, mam tam wleźć? – gadam na głos do siebie, pokonując 800 metrów przewyższenia. 

Wspinałam się na różne góry, ale nie na tak wysokie. No cóż, nie mam wtedy wielkiego pojęcia o aklimatyzacji. Wydaje mi się, że na wysokości 3000 metrów powinnam funkcjonować tak samo jak na nizinach. Jestem więc zdziwiona nagłym bólem głowy, mdłościami i problemami z zaśnięciem już pierwszej nocy, ale stwierdzam, że widocznie dopadło mnie przeziębienie. Następnego dnia, po nieprzespanej nocy, wcześnie rano ruszamy w stronę szczytu. 

Droga z Tête Rousse wiedzie kamienistym Kuluarem Rolling Stones, czyli „spadających kamieni”, nazywanym też Żlebem Śmierci. Łatwo tu odpaść od ściany, która ma nachylenie prawie 50 stopni, a kawałki skał faktycznie potrafią spadać na głowę i dotkliwie ranić. Niedoceniany przez większość ignorantów, takich jak ja wtedy, Mont Blanc pochłonął już wiele ludzkich istnień. Każdego roku kilkadziesiąt osób zostaje tu na zawsze, nawet jeśli przez te 20 lat Kuluar Rolling Stones mocno się zmienił i dziś przypomina ścieżkę. 

Naszym celem na kolejny dzień jest schronisko Vallot. „Schronisko” to za dużo powiedziane – to wielki blaszak wypełniony górą śmieci i ekipami wykończonych, rzygających, walczących z objawami choroby wysokościowej alpinistów. Ja też nie czuję się dobrze, nie jestem gotowa do przebywania na poziomie prawie 4,5 kilometra nad poziomem morza. Mimo to niemal bez odpoczynku ruszam zdobywać Mont Blanc. 

28 sierpnia 2002 roku o godzinie 9.45 staję na najwyższej górze Alp. Całą Europę mam pod stopami, bo wejść wyżej już się nie da. 4807 metrów n.p.m., widok dalej niż po horyzont, inne białe szczyty dookoła. 

W górach liczy się tylko tu i teraz, zapomina się o codziennych problemach. Dla umysłu to absolutne oczyszczenie. 

Dziennik z wyprawy 

Słońce właśnie rozświetliło Chamonix i całą dolinę. A mnie czeka długa droga z wierzchołka na sam dół. 

Już wtedy zaczynam myśleć o kolejnych szczytach do zdobycia. Gdzieś w zakamarkach mojej głowy nieśmiało rodzi się pomysł projektu Korona Ziemi, czyli zdobycia najwyższych szczytów siedmiu kontynentów. Mam pokorę, szybko się uczę, nie odpuszczam, myślę. Może jeszcze nie teraz, może za kilka lat, może po wielu żmudnych przygotowaniach, może kiedyś wejdę jeszcze wyżej. Może. 

Zdaję sobie sprawę, że realizacja projektu Korona Ziemi, a szczególnie zdobycie Góry Gór, może zająć kilka, kilkanaście lat, może nawet resztę mojego życia. Wiem, że wymaga to ciężkiej pracy, przygotowań, ciągłego zdobywania doświadczenia i przede wszystkim – dużo pokory wobec gór i wobec losu. Ale trzeba mieć odwagę marzyć i mieć odwagę realizować swoje marzenia – zawsze to sobie powtarzam. 

Pokaż więcej wpisów z Czerwiec 2026
Polecane
Dary losu

Dary losu

Krystyna Demska-Olbrychska
Cena regularna69,99 zł34,99 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki38,99 zł
Kochaj i pozwól na bunt. Jak towarzyszyć nastolatkom w dorastaniu (MŁODE GŁOWY)
Cena regularna54,99 zł38,49 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki27,50 zł
Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie (wersja z autografem)
Cena regularna69,99 zł34,99 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki34,99 zł
Przesunąć horyzont. 20 lat później
79,99 złNajniższa cena z 30 dni przed obniżką47,88 zł
pixel