Darmowa dostawa od 199,00 zł

Kama Wojtkiewicz "Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej" - fragment

2026-04-29
Kama Wojtkiewicz "Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej" - fragment

Współczesny kryzys zdrowia psychicznego i rozpad więzi

Rozmowa z Igorem Rotbergiem

Psycholog, psychotraumatolog, certyfikowany psychoterapeuta. Pracuje w podejściu integracyjnym. Prowadzi sesje indywidualne osób dorosłych, terapię par oraz szkolenia i wykłady na temat psychoterapii, a także konsultacje z zakresu praktycznego zastosowania integracyjnej terapii osób po traumie i osób z zaburzeniami osobowości oraz grupy ćwiczeniowe dla psychoterapeutów. Autor książek o psychoterapii. Zajmuje się również propagowaniem wiedzy o współczesnej psychologii, przybliżając zjawiska, które są spowodowane rozwojem cywilizacyjnym, technologicznym, zmianami kulturowymi i społecznymi.

Coraz więcej wiemy o zdrowiu psychicznym, diagnostyce i leczeniu zaburzeń psychicznych. Rośnie liczba psychoterapeutów na rynku. Wydawałoby się, że to dziedzina, która prężnie się rozwija. A jednak w porównaniu z innymi naukami, na przykład medycyną, wraz ze wzrostem wiedzy wcale nie odnotowuje się mniej zachorowań. Wystarczy spojrzeć na rosnący kryzys suicydalny wśród dzieci i młodzieży. Jakie są twoje hipotezy, dlaczego doświadczamy obecnie kryzysu zdrowia psychicznego?

Przyczyna jest wieloczynnikowa. Nie pokuszę się o to, żeby odpowiedzieć jednoznacznie – potrzebni byliby do tego jeszcze socjolog, ekonomista i kilku innych specjalistów. Ale w kontekście zdrowia psychicznego mogę powiedzieć, że choć coraz więcej wiemy o funkcjonowaniu człowieka, to ta wiedza nadal rozwija się i zmienia. Z jednej strony wiemy więcej, z drugiej – wiemy inaczej.

To znaczy?

Po pierwsze, patrząc na obszar, który jest mi bliski, czyli obszar psychoterapeutycznej pracy z traumą, pewne paradygmaty jej rozumienia diametralnie się zmieniły. Zyskaliśmy wiedzę neuropsychologiczną, a więc dotyczącą mózgu, pamięci, procesów poznawczych. I w związku z tym zmieniło się rozumienie wpływu traumy na funkcjonowanie człowieka. Doktor Kajetana Foryciarz, psychiatrka i specjalistka od ADHD, mówi, że bardzo dużo wiemy o mózgu, a jednocześnie jest to nadal bardzo mało. I to jest kluczowe zdanie, ponieważ sporo już wiemy o niektórych procesach, ale nie jest to wiedza ostateczna.

Drugiej przyczyny dopatrywałbym się w zmianach cywilizacyjnych. Rynek psychoterapeutów się rozrasta, szkół psychoterapeutycznych jest coraz więcej i na ogół nie cierpimy na brak pacjentów. Podaż rośnie, a popyt jest jeszcze większy. To znaczy, że ludzie napotykają w swoim życiu trudności, z którymi nie potrafią poradzić sobie samodzielnie.

Przytłacza ich ilość bodźców, rozwój technologii i tempo współczesnego, wielkomiejskiego życia?

Według badań przeprowadzonych przez firmę consultingową Media Dynamics Inc. do przeciętnego Amerykanina dziennie docierają 362 reklamy, z czego tylko 153 są przez niego zauważane1. Psychologowie ewolucyjni zwracają uwagę na to, że gwałtowny napływ informacji z otoczenia przekracza możliwości naszego mózgu do ich pełnego odbioru. Choć moc obliczeniowa komputerów rośnie, mózg człowieka nie zmienia się tak szybko. Nasze procesy selekcji, przetwarzania, zapamiętywania i wykorzystywania informacji specjalnie nie wyewoluowały w ciągu ostatnich 100 lat. A bodźce, presja i oczekiwania wobec naszego sposobu funkcjonowania drastycznie się zmieniły.

Oczywiście to nie jest tak, że nasze mózgi nie ada­ptują się do zmian. Słynne badanie z 2013 roku2, które przeprowadził australijski naukowiec dr Owen Churches z zespołem badawczym z Uniwersytetu Flinders w Australii, pokazało, że po ponad 30 latach od wprowadzenia znaku dwukropek, myślnik i nawias, symbolizującego uśmiechniętą buźkę, na jego widok u osób badanych uruchamia się część mózgu odpowiedzialna za rozpoznawanie twarzy, a nie znaków graficznych. Zachodzi więc proces adaptacji. Jednak nasze mózgi wciąż są przystosowane do rozpoznawania zagrożenia, dlatego pół godziny oglądania wiadomości w telewizji znacząco podbija nam poziom adrenaliny i kortyzolu, pomimo że siedzimy i nic niebezpiecznego w naszym osobistym otoczeniu się nie dzieje. Nie mamy więc wystarczających narzędzi do radzenia sobie z taką szybkością zmian. Socjologowie mówią o przyspieszeniu cywilizacyjnym, które sprawia, że zanim przyzwyczaimy się do jednych zmian, następują już inne. I ludzie doświadczają sporych trudności z poradzeniem sobie z tym tempem.

Po trzecie, kultura?

Wiele osób trafia dziś do psychoterapeutów, ponieważ wszyscy w ich otoczeniu to robią. W kulturze Zachodu pojawia się myślenie, że terapia jest potrzebna, niezbędna i należy w niej uczestniczyć. Moja superwizorka rekomenduje takie oto myślenie: jeśli masz problem, na początku spotkaj się i porozmawiaj sam ze sobą, sprawdź, jak rozumiesz to, co się z tobą dzieje. Bądź autorefleksyjny, miej wgląd we własne doświadczenie. Być może będziesz potrzebować czegoś się jeszcze dowiedzieć, o czymś poczytać. Jeśli to nie wystarcza, porozmawiaj z bliską osobą: przyjaciółką, partnerem, kimś z rodziny. Zobacz, co ci powiedzą, jak widzą twój problem. A jeśli to nie przyniesie ulgi, umów się do psychoterapeuty.

Dziś często jest tak, że jak tylko pojawi się trudność, idziemy z nią do gabinetu, co pokazuje, w jak kiepskiej kondycji jest nasz kontakt z samymi sobą. Jest w tym pewien paradoks. Przy całym wysypie instagramowych psychologów i coachów, którzy w pastelowych infografikach mówią nam, jak w prosty sposób skontaktować się ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem, coraz więcej osób nie potrafi nawiązać dobrej relacji ze sobą.

Bo kontakt ze sobą nie przebiega w trybie instant.

To wymaga pewnej praktyki. A Instagram mówi: jeśli twój partner robi tak i tak, to znaczy, że jest narcyzem. Jak jest narcyzem, to musisz bronić się przed nim w sposób taki i taki. To nie zachęca do autorefleksji czy zadawania sobie pytań, zastanawiania się, jakie mogą być alternatywne sposoby rozumienia tego, co aktualnie przeżywam. System edukacji uczy nas, jak wygląda wnętrze mitochondrium, a pomija temat zdrowego kontaktu ze sobą czy samoregulacji emocji. A przecież z emocjami się rodzimy, żyjemy i umieramy. To sprawa podstawowa, a tak nierozumiana. Pacjenci, którzy przychodzą do mnie do gabinetu, dopiero jako dorośli ludzie uczą się, jak rozumieć i rozróżniać swoje emocje, gdzie je czują w ciele. Poznawanie siebie jest pracą i długoletnią praktyką, do której potrzebny jest czas na namysł.

Pandemia też swoje zrobiła.

O tak. Wpłynęła na globalny wzrost zachorowalności na depresję, co potwierdzili szwedzcy badacze z Instytutu Karolinska3. To globalne wydarzenie znacząco wpłynęło na cały świat. Podczas pandemii dużo pracowałem z rodzicami nastolatków. Okres adole­scencji to taki czas w życiu, kiedy potrzebuje się kontaktów rówieśniczych bardziej niż rodziny. Naturalny proces buntu, odejścia w kierunku separacji i indywidualizacji został zahamowany. Zatrzaśnięto nastolatków w domu z rodzicami na rok, dwa lata. I skutki tego obserwujemy do dziś.

Jakie na przykład?

Trudności w budowaniu więzi z rówieśnikami, problemy z samodzielnością i autonomią, zahamowanie rozwoju emocjonalnego czy brak wyodrębnionego systemu wartości.

Współczesne modele wychowania przez na przykład helikopterowych rodziców, tych nadopiekuńczych i wyręczających swoje dzieci, też nie pomagają w usamodzielnianiu się i lepszym samopoznaniu.

Wcześniejsze modele też nie były zbyt dobre. Zgodnie z nimi o trudnościach się nie mówiło, a emocje tłumiło. Ich spuścizną są szkodliwe przekazy i traumy transgeneracyjne, z których się do tej pory leczymy. Natomiast współcześnie rzeczywiście dostrzegam problem rodzicielstwa helikopterowego, o którym wspomniałaś. A więc rodziców, którzy organizują dzieciom całe życie, podejmując za nie wszystkie decyzje i rozwiązując ich konflikty. Są też rodzice curlingowi, którzy szczoteczką usuwają każdy pyłek. Metaanaliza z 2024 roku pokazała, że dzieci w ten sposób wychowywane doświadczają załamania i epizodów depresyjno-lękowych, kiedy idą na studia, bo nie potrafią sprostać pierwszej sesji egzaminacyjnej4. Nie wiedzą, jak sobie radzić z napięciem, stresem czy niezdanym egzaminem. Rodzice, którzy krążą nad dziećmi i starają się zapełnić im każdą minutę czasu wolnego zajęciami dodatkowymi, nie dają przestrzeni do tego, żeby nauczyły się one kontaktu ze sobą. Nie ma czasu na to, żeby dziecko mogło się ponudzić. Zatracamy więc umiejętność namysłu nad tym, jak się aktualnie czujemy i czego potrzebujemy.

Kryzys zdrowia psychicznego to dla mnie również kryzys rozpadu więzi. Może i mamy kilka tysięcy znajomych w mediach społecznościowych, ale nie przekłada się to na liczbę bliskich więzi w codziennym życiu. Takich, na których możemy polegać, kiedy potrzebujemy wsparcia. Trafiamy do psychoterapeutów, bo jesteśmy osamotnieni w naszym cierpieniu. Gabinet jest jedynym miejscem, gdzie ktoś poświęca nam czas, okazuje współczucie. W kryzysie nie trzyma nas dziś wspólnota, jesteśmy zdani sami na siebie.

Czasami rozmawiam z osobami, które uczestniczą w różnych grupach wsparcia dla kobiet i mężczyzn. Mówią: „Nie wiedziałem, że to jest tak ważne, że możemy ze sobą porozmawiać, czymś się wymienić”. Koncepcja zindywidualizowanego szczęścia, do której sporo wniosła psychologia pozytywna, mówi, że nieposiadanie choroby to nie wszystko, że można dążyć do pełniejszego dobrostanu, jak rekomenduje zresztą Światowa Organizacja Zdrowia5. Ale ciemną stroną tego myślenia jest to, że dążymy wyłącznie do szczęśliwego, pozytywnego życia, gdzie przeżywa się tylko komfortowe emocje, i w związku z tym trudno nam poradzić sobie z dyskomfortem. Co więcej, myślimy, że na to szczęście musimy zapracować sami. Bo każdy jest kowalem własnego losu. Bo przecież chcieć to móc. A jeśli nie udaje mi się tego szczęścia samodzielnie osiągnąć, coś jest ze mną nie tak. Cała odpowiedzialność jest po mojej stronie. Zobacz, tu nie ma miejsca na więzi. Na myślenie, że przecież żyję w kontekście społecznym, a relacje są ważnym elementem mojego życia. Jeśli nie jestem szczęśliwy, to idę na warsztat albo do mówców motywacyjnych, którzy radzą: „Nie otaczaj się toksycznymi ludźmi”.

Albo: „Odetnij swoją rodzinę, jeżeli w czymkolwiek się z tobą nie zgadza”.

„Bo ściągają cię w dół, a to zła energia”. No więc odcinam. Prowadzę psychoterapię par i czasem przychodzą do mnie osoby, które doświadczają kryzysu, ponieważ rzeczywistość weryfikuje ich fantazję o wiecznej zgodzie i szczęściu. W odpowiedzi na trudności w związku decydują się albo zmienić partnera czy partnerkę, albo zostać w relacji, ale oddzielając się od siebie przez brak rozmowy. Nie dochodzi już nawet do konfliktów. Słynna psychoterapeutka Esther Perel mówi: „Cechą wspólną wszystkich związków jest harmonia, dysharmonia i na koniec reparacja”6. A my idziemy w kierunku: harmonia, dysharmonia, koniec relacji.

I nagle spośród tysiąca znajomych z Instagrama nie mam nikogo, do kogo mogę zadzwonić, bo rozstałam się z chłopakiem.

Lajki od nieznajomych z mediów społecznościowych nic nie mówią o realnych relacjach, aktywują za to ośrodek nagrody w mózgu. Brak lajków w związku z tym przekłada się na spadek aktywności układu dopaminergicznego jak po kokainie. W gabinecie spotykam się z ludźmi, którzy mówią: „Przestałam wrzucać posty na Instagram, widzę, że spadają mi zasięgi. I czuję się źle”. To gorsze samopoczucie dużo mówi o biochemii naszego mózgu, ale mało o relacjach, w których jesteśmy, i ich jakości. A już z pewnością nie o tym, czy potrafimy budować długotrwałe związki. Na to potrzebny jest czas, w czym panująca obecnie kultura pośpiechu nie pomaga. Jeżeli pojawiają się relacyjne trudności, na Instagramie znajdujemy natychmiastową diagnozę: „On jest narcystyczny, a ty wysoko wrażliwa”. Sięgamy po łatwo dostępne łatki i dopasowujemy subiektywne obserwacje do diagnozy. A to, że bywają zniekształcone, nie ma już znaczenia.

Diagnoza może być pomocnym konstruktem, który pomaga na przykład w dobraniu skutecznego leczenia terapeutycznego czy farmakologicznego.

Ale może też całkowicie utrudniać zmianę, ponieważ przywiązujemy się do diagnozy jako naszej nowej tożsamości. Szczególnie jeśli jest to niczym niezweryfikowana autodiagnoza, a nie ta od specjalisty.

Są też przecież powody czysto pragmatyczne – diagnoza jest potrzebna dla ubezpieczyciela czy do wypłaty renty z tytułu niemożności wykonywania zawodu. Niektóre osoby dopiero dzięki diagnozie przestały obwiniać same siebie o swoje zachowania i zobaczyły, że są one związane z ich neurochemią. Diagnoza pomaga także znaleźć grupę wsparcia, usłyszeć, że nie jest się z czymś samemu.

Zgoda. Ale zobacz, że diagnoza jest często wykorzystywana do jednoznacznego kategoryzowania innych lub siebie samego. Najlepiej pokazuje to przykład pacjentów, którzy wchodzą do gabinetu i ich pierwsze słowa to: „Dzień dobry, jestem DDA”. Tak jakby cała ich tożsamość sprowadzała się do trzech literek. Taki rodzaj opowieści o sobie może być zamykający. Terapeuci z podejścia narracyjnego powiedzieliby, że to uboga narracja, ponieważ nie ma w niej złożoności i sprzeczności. Jest jednowymiarowa, a więc pozbawiająca nas widzenia własnych możliwości i zasobów. Szufladkowanie innych nie ma w sobie wcześniej wspomnianego namysłu. Nie stoi za tym chęć zrozumienia czyichś działań.

Kiedy przychodzi do mnie pacjent z gotową diagnozą, pytam, jakie znaczenie ma dla niego ta nazwa. Czasami diagnoza pomaga sobie coś uporządkować. Wreszcie wiadomo, z czym się od lat mierzymy. Czujemy ulgę, że terapeuta będzie wiedział, jak dalej pokierować naszym leczeniem. Przestajemy się obwiniać i rozumiemy, że nie jesteśmy wcale „inteligentni, ale leniwi” czy niezdarni, tylko mamy ADHD, a więc zaburzenie neurorozwojowe, które wpływa na naszą możliwość skupienia uwagi. I możemy coś z tym dalej zrobić.

Diagnoza jest zatem pomocna, kiedy jest umocowana w kontekście i dochodzi do jakiegoś nad nią namysłu. Ale nie jest całym naszym życiem, tylko opisem pewnego wycinka rzeczywistości. Dlatego zawsze mówię: „Jest diagnoza. I co dalej?”.

Mogę powiedzieć, że depresja jest moją najlepszą przyjaciółką i stworzyć o tym profil na TikToku, napisać książkę, zbudować karierę wokół tego tematu. Ale jak mam się z tej depresji w sensie klinicznym wyleczyć, jeśli mam z niej tyle – jak to się mówi w psychologii – wtórnych korzyści?

Warto zadać sobie pytanie, do czego jest mi ta diagnoza w ogóle potrzebna. Bo czemuś ma to służyć. I czasami w procesie terapeutycznym obserwuję, że w toku zdrowienia pojawia się pustka po diagnozie. „Jak ja teraz będę o sobie myśleć, jak nie o osobie z depresją? Kiedy wiedziałem, że mam depresję, jasne było, że źle się czuję i nienajlepiej funkcjonuję. A teraz?”. To ważny moment do zaopiekowania, posprawdzania z pacjentem, jak można siebie w takim razie inaczej określić. I tym się w gabinecie wspólnie zajmujemy. Natomiast wymaga to wglądu i refleksji, że pustka, którą przeżywamy, jest związana nie z czymś złym, tylko z procesem zdrowienia. To naturalny etap, który się dzieje. I w którymś momencie będzie trzeba to życie czymś innym niż diagnozą wypełnić. Klasyfikacje zaburzeń psychicznych to tylko fragment opisu rzeczywistości. Zresztą widzimy, że z każdą nową edycją DSM (klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) czy ICD (międzynarodowa klasyfikacja chorób i procedur medycznych stworzona przez Światową Organizację Zdrowia) niektóre diagnozy zaburzeń psychicznych znikają, pojawiają się nowe, jak na przykład złożony zespół stresu pourazowego (cPTSD). Inaczej myśli się o nich w Stanach Zjednoczonych, inaczej w Europie. Diagnoza może więc być pomostem. Ale czy chcę spędzać na nim życie, czy za jego pomocą przejść na drugi brzeg?

Według wcześniejszych edycji wspomnianego DSM-u żałoba mogła trwać rok, zanim zaczęto uznawać ją za coś patologicznego. Później skrócono ją do dwóch miesięcy, a następnie dwóch tygodni. Przeżywanie dojmującego smutku w związku ze stratą zostało całkowicie zmedykalizowane. Kiedy ktoś jest w żałobie i wypada z obiegu, nie jest w stanie wychodzić do ludzi, pracować na pełnych obrotach, łatwiej jest przepisać mu SSRI (selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny, potocznie leki antydepresyjne), żeby mógł wrócić do produktywnego stylu życia i pracy, niż dać oparcie, wspomóc w trudnym czasie.

Poruszasz temat, który głęboko mnie zajmuje, czyli sprawę psychiatryzacji życia codziennego. Z perspektywy pracodawcy lepszy będzie pracownik, który przyjmuje leki SSRI, bo po dwóch tygodniach może wrócić do pracy, niż ten, który przez kilka miesięcy będzie mniej wydajny, przybity, rozkojarzony. Zgodnie z obowiązującą klasyfikacją, jeśli po dwóch tygodniach żałoby nadal czujemy się źle, bez problemu możemy udać się do psychiatry i dostać leki antydepresyjne. Czasem brakuje nam refleksji nad tym, do czego żałoba jest potrzebna i dlaczego warto się z nią ułożyć. Jaką pełnią funkcję to wycofanie i smutek po utracie? Bo przecież żałoba pozwala nauczyć się żyć ze stratą, która nigdy już nie zniknie. I wszystkie towarzyszące jej emocje są procesem, który do tego prowadzi. Jeśli je stłumimy, nie nauczymy się żyć ze stratą. Są całe obszary medycyny i psychiatrii, które zawłaszczają stany zwykłego życia: smutek, bezradność, bezsilność. Do gabinetu przychodzą ludzie, którzy mówią mi, że chcą jak najszybciej pozbyć się tych stanów, bo to nie jest zdrowe. A jeśli smutek czy bezradność nie mija, to znaczy, że za mało nad sobą pracuję, mam złego terapeutę albo potrzebuję pojechać na kolejny warsztat. Podczas gdy to są wszystko naturalne stany do przeżycia.

Z przeżywaniem smutku na pogrzebach pomagała kiedyś płaczka, która pokazywała, że warto opłakiwać stratę.

Obecnie mamy mało narzędzi i wewnętrznych przestrzeni do pomieszczenia w sobie trudnych stanów emocjonalnych. Spotykam czasem pacjentów, którzy są całkowicie przeterapeutyzowani, mają za sobą mnóstwo procesów terapeutycznych i duchowych, warsztatów, kursów. Nieustannie pracują nad sobą. Kiedy trafiają do mnie do gabinetu, zaczynamy od tego, żeby przestali tak usilnie pracować. I mogli przez chwilę po prostu być – smutni, bezradni, sfrustrowani. Żeby mieli szansę doświadczać siebie jako kogoś nieidealnego, zmęczonego, bezsilnego.

Miałem kiedyś pacjentkę, siedemnastolatkę, której byłem już czwartym terapeutą. Od roku przyjmowała antydepresanty. Okazało się, że problemem jest to, że nie uczy się tak dobrze, jakby matka sobie życzyła, nie zachwyca się dobrami kultury i w związku z tym, zdaniem rodziców, coś jest z nią nie tak. Na pewno ma depresję, bo matka ciąga ją po różnych muzeach, a ona się niczym nie interesuje. Już po jednej konsultacji wiedziałem, że nie w depresji jest problem, tylko w tym, że pacjentka ma zupełnie inne zainteresowania, niż oczekiwaliby jej rodzice. Że niektóre z tych rzeczy to rzeczy, zdaniem matki, głupie i trywialne. Rozmawiając z rodzicami, zawsze zadaję im pytania: „Czy państwo pozwalają swojemu dziecku na nudę? Czy ono zna taki stan? Czy to już w ogóle nie jest znane w państwa rodzinie?”. Bo nudę trudno jest nam wytrzymywać.

A jest chyba głęboko twórcza i kluczowa do tego, żeby się światem zainteresować?

Kiedy się nudzimy, dochodzi do ważnych procesów w naszych mózgach – porządkujemy nabyte informacje, tworzą się nowe połączenia neuronalne i reorganizują już istniejące. Czasami na terapii spędzamy dużo czasu na oduczaniu się samodoskonalenia. Bo nie każdy nieprzyjemny stan będzie chorobowy i wymagający leczenia. Czasem największą pracą będzie wytrzymanie dyskomfortu i przeżycie tego, co się dzieje, bez określania tego jako dysfunkcyjne. Zasłaniając się intelektualnym, terapeutycznym słownictwem, nie pozwalamy sobie na przeżywanie normalnych stanów życia codziennego, których nie trzeba wcale przepracowywać. Wystarczy je przeżyć, czasem pobyć z nimi. Ale w życiu, nie na terapii. Jeśli wszystko, co mi się przydarza, jest do przepracowania, to gdzie jest życie? Życie, w którym raz jestem sprawczy, a raz bezradny, raz błyskotliwy, a raz palnę głupotę. Przecież wszystkie te elementy są we mnie i dobrze byłoby je dostrzec, nawet jeśli są nieprzyjemne. Stanowią bowiem elementy mojej ciągle zmieniającej się tożsamości.

Jeżeli, będąc w relacjach z ludźmi, operujemy językiem terapeutycznym, a więc diagnozujemy innych, analizujemy – słowem, robimy to, co robi się w terapii – to umyka nam ważny element wspólnego doświadczania życia. A bliskość buduje się między innymi poprzez spędzanie czasu razem, wspólną zabawę, a nie terapeutyzowanie się nawzajem.

Dlatego kiedy wychodzę z pracy, zostawiam mój umowny fartuch w gabinecie terapeutycznym. Inne części mojego mózgu zaczynają pracować. Bywam wtedy niewiedzący, czasami głupawy. Zanurzam się w życiu. Czasami się pozłoszczę, czasami posmucę. Oczywiście mam w zanadrzu narzędzia, które mi służą i z których korzystam również poza gabinetem. Natomiast przestaję używać terapeutycznych sformułowań, ponieważ ten sposób myślenia, czucia i rozumienia świata jest bardzo angażujący poznawczo i emocjonalnie, wymagający konkretnych kompetencji. A budowanie bliskich relacji opiera się między innymi na rozmowach, które nie są diagnostyczne, profesjonalne czy psychologiczne. Czasem siedzą ze sobą dwie osoby, patrzą gdzieś przed siebie i jedna mówi: „Wiesz, tak jakoś ostatnio mi smutno”. A druga odpowiada: „No tak, tak czasami jest”. I siedzą dalej obok siebie, mogą razem milczeć i robić miejsce na smutek, który został już nazwany. Być może nie ma wcale potrzeby, żeby go psychologizować, analizować, szukać rozwiązań, wysyłać się nawzajem do psychiatrów i psychoterapeutów. Wystarczy razem pobyć z tym smutkiem. W tym współbyciu kryje się bliskość i wspólnotowość. A nie w tym, żeby wyskoczyć od razu z paczką narzędzi z interwencji kryzysowej.

Wypowiedzenie swojego smutku czy bezradności na głos to też akt odwagi. Kiedy druga osoba może to usłyszeć i unieść, bez odruchu natychmiastowego naprawiania, buduje się między nami relacja oparta na szacunku i zrozumieniu.

Odruch naprawiania, na przykład u rodziców, sprawia, że dzieci nie mają możliwości doświadczenia swoich emocji i przejrzenia się w oczach opiekunów. Dziecko zaczyna płakać, a rodzic mówi: „Zobacz, mam taką zabaweczkę, konik skacze, widzisz?”. A przecież dopiero kiedy opiekun wytrzyma złość czy smutek dziecka, nazwie go, dziecko będzie mogło powiązać stan płaczu i doznania z ciała z nazwanymi emocjami. Tak buduje się umiejętność samoregulacji. Kiedy rodzic jest w stanie wytrzymać emocje dziecka, ono też się uczy, że może to zrobić. Swoją postawą rodzic mówi: „Widzisz, nie przeraża mnie twój stan, jestem w nim razem z tobą. To, co teraz czujesz, nazywa się smutkiem. I to jest trudne. Widzę, że jest ci trudno”. I to jest potem w życiu dorosłym niezwykle cenne. Żeby umieć chwilę z tymi emocjami pobyć, bez bycia ocenianym, krytykowanym czy wysłanym do psychiatry.

Jest coś jeszcze, co może nas uratować przed kryzysem zdrowia psychicznego i rozpadem więzi?

To może zabrzmi trywialnie, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to zwykłe zatrzymanie się w momencie, w którym teraz jesteśmy. I zadanie sobie kilku pytań, bez pogłębionej analizy, bez nazywania i szukania na Instagramie, co to znaczy.

Chcesz powiedzieć, że wracamy do podstaw? Czyli jak się teraz czuję, co myślę?

Albo: „Co przed sobą widzę?”, „Co teraz myślę?”, „Jakie uczucie przeżywam?” i „Jak się dziś czuje moje ciało?”. Polecam odpowiedzieć i iść dalej. Zrobić to raz, dwa razy dziennie. Nic więcej. To buduje podstawowy kontakt ze sobą. Nie powiem, że to remedium na kryzys. Natomiast jest to wstęp do tego, żeby zyskać większą uważność na to, co się ze mną dzieje w aktualnym momencie. Z niektórymi pacjentami ćwiczymy to przez parę tygodni albo nawet miesięcy.

Druga istotna rzecz to danie sobie prawa do bycia niedoskonałym. A trzecia – zaciekawienie życiem. Bo kiedy zaciekawiają mnie chmury, chwilę sobie na nie patrzę. A jak zawiesi mi się oko na czymś daleko, to sobie chwilę na to spoglądam. A jak przeczytam fajną książkę, w której jest ciekawy cytat, to sobie go parę razy przypomnę. Na tym polega postawa zaciekawienia. Jest ona nieustrukturyzowana, nie ma prowadzić do czegokolwiek, na pewno nie do doskonalenia się czy konkretnego celu. Wystarczy, że mnie coś czasem zatrzyma, poruszy, zastanowi. Nic więcej. A to jest we współczesnej kulturze pośpiechu deficytowe.

Bo mamy pracę, dzieci, rodzinę, przyjaciół, kredyt i problemy zdrowotne. Kto ma czas, żeby zaciekawić się liściem na drodze?

Zaciekawić się można czymkolwiek, idąc do pracy. Tylko to wymaga odzwyczajenia się, że kiedy idę z punktu A do B, nie zauważam niczego, co jest po drodze.

Nie będę odkrywcą, jeśli powiem, że kluczowa jest również praca nad zmianą systemu opiekuńczo-psychiatrycznego. Ale o tym można by całą książkę napisać. Blisko jest mi natomiast do koncepcji „otwartego dialogu”, czyli myślenia o szpitalach psychiatrycznych jako o elemencie na drodze zdrowienia, a nie jedynej instancji, w której pacjent zdrowieje. W zachodniej Laponii odnotowuje się spadek zachorowalności na schizofrenię o 90 procent, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwszy epizod7. Prowadzone są badania, gdzie większość prac z pacjentem odbywa się w jego domu, a nie w szpitalu psychiatrycznym. Terapeuci w Finlandii pracujący zgodnie z tym podejściem są zaskoczeni, kiedy mówi im się, że na Zachodzie leczymy ludzi na zamkniętych oddziałach. Ten pomysł, żeby włączać wszystkie głosy do dyskusji, dopuszczać do otwartego dialogu społecznego, a nie izolować, wywodzi się z głębokiej wspólnotowości. W kryzysie psychiatrycznym dopuszcza się więc zarówno to, co mówi osoba chora, jak i to, co mówią pielęgniarka, lekarz, psychiatra, domownicy i przyjaciele. Wszystkie głosy są ważne. I tu widzę ważny kierunek dla współczesnej psychiatrii, który nazywa się postpsychiatrią. Zwraca się w nim uwagę na kontekst, w którym pojawia się kryzys psychiczny jednostki, jej stosunek do leków, a nie tylko samo ich działanie. Nagle okazuje się, że w kryzysie kryje się dużo więcej niż pacjent jako obiekt, lek jako remedium, a psychiatra jako ktoś, kto zawsze wie lepiej. Dzięki takiemu myśleniu możemy też przeciwdziałać kryzysowi zdrowia psychicznego. Bo nie zmniejszymy tempa życia czy rozwoju cywilizacyjnego. Potrzebujemy więc znaleźć narzędzia i sposoby życia, które pomogą nam lepiej nim nawigować.

Pokaż więcej wpisów z Kwiecień 2026
Polecane
SOLO. Żyj szczęśliwie własnym życiem
Cena regularna54,99 zł29,00 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki29,99 zł
Luz. I tak nie będę idealna

Luz. I tak nie będę idealna

Tatiana Mindewicz-Puacz
Cena regularna49,99 zł24,00 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki24,99 zł
Niedoskonały (wersja z autografem)
Cena regularna59,99 zł54,99 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki34,99 zł
To samo, ale inaczej. Opowiedz siebie na nowo
Cena regularna59,99 zł29,00 złNajniższa cena produktu w okresie 30 dni przed wprowadzeniem obniżki29,99 zł
pixel