Monika Łukasiewicz, Jagna Kaczanowska "Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie" - fragment

Wspomniana już prof. Ellen Langer udowodniła, że kobietom, które po wizycie u fryzjera miały poczucie, że w nowej fryzurze wyglądają młodziej, obniżało się ciśnienie krwi. W innym eksperymencie wykazano, że seniorzy lepiej radzili sobie w testach na zapamiętywanie, jeśli wcześniej czytali słowa, które dobrze się kojarzą ze starszym wiekiem (doświadczony, mądry, dojrzały), gorzej natomiast, gdy pokazywano im takie wyrazy jak: niedołężny, schorowany. Nasz mózg kocha szufladki. Czyli uproszczone techniki rozumowania: ma siwe włosy = jest stara, jest stara = jest niedołężna. Chodzi o to, żeby umieć z tych szufladek wyskoczyć. A najlepiej odnaleźć te, w których siedzą przekonania na temat wieku, wybebeszyć je i wyrzucić wszystko, co jest negatywnym stereotypem na temat dojrzałego wieku. Bo w przeciwnym wypadku te koszmarne etykietki zaczną wychodzić w rozmaitych sytuacjach, najczęściej wtedy, kiedy będą najmniej potrzebne, i zepsują nam życie. Dobre życie, udane życie, dorosłe życie, złoty wiek życia!
Niektóre z tych stereotypów wynosimy z domu („Życie kończy się po sześćdziesiątce. Potem już tylko starość…”), ale też, niestety, z kultury masowej i postów celebrytek na Instagramie. Na tej podstawie tworzymy etykiety: „stara, po siedemdziesiątce”, „stary, siwy”. Prof. Katarzyna Popiołek, wybitna psycholożka, jedna z najbardziej wpływowych kobiet na Śląsku, opowiadała w wywiadzie, że poszła do ortopedy, bolało ją kolano. Lekarz spojrzał na nią – burza rudych włosów, zawadiacki kapelusz – i zaczął proponować: a może nowa terapia, a może operacja, a może… wtedy jego wzrok padł na kartę i PESEL pacjentki. „Ale wie pani? Może już nie warto”.
Nigdy nie jest za późno!
By konno jechać
w stronę oceanu
I w drogę, w szeroki świat. To marzenie zapewne towarzyszyło Annie Wilkins z Maine w USA od zawsze – ale gdy się dowiedziała, że lekarze dają jej najwyżej dwa lata życia (podejrzewali gruźlicę lub raka), pomyślała, że nie ma czasu do stracenia. Postanowiła, że zobaczy Kalifornię i ocean, zanim umrze. Problemem było to, że była biedna jak mysz kościelna – robiła domowe pikle i sprzedawała je. Za zarobione trzydzieści dwa dolary mogła kupić konie i zapasy na drogę.
Wzięła konie – Tarzana i Reksa – i psa o imieniu Depeche Toi (z francuskiego: pospiesz się). I ruszyła.
Miała wtedy sześćdziesiąt trzy lata.
Był rok 1954, Annie nie miała kart kredytowych, telefonu z GPS, nie miała żadnych rezerwacji hotelowych po drodze, po prostu uznała, że jakoś to będzie. Wszystko, co zabrała w podróż, mieściło się w niewielkich sakwach przytroczonych do siodła. Wyruszyła w listopadzie, licząc, że na południu będzie cieplej. Zanim tam jednak dotarła, musiała się zmierzyć z ostrą zimą, lodem i zaspami, jazdą na mrozie. Wieść o jej podróży ją wyprzedzała: bogaci ranczerzy na trasie zapraszali do swoich domów, szeryfowie w małych miasteczkach pozwalali spać w… więzieniach. Ledwo uniknęła śmierci w powodzi błyskawicznej, stratowania przez bydło, dostała też co najmniej jedną propozycję małżeństwa. Mimo to niepowstrzymanie kontynuowała podróż w stronę oceanu. Kilkaset kilometrów od celu Rex, jej zapasowy koń, padł. Na brzeg dotarła więc z Tarzanem, Depeche Toi i nowym wierzchowcem. Podróż trwała prawie dwa lata. Według różnych szacunków Wilkins przejechała od czterech do siedmiu tysięcy mil – ona sama nie była w stanie dokładnie odtworzyć trasy, podróżowała bez żadnego planu.
I choć zgodnie z szacunkami lekarzy powinna była umrzeć u celu, dożyła pięknego wieku osiemdziesięciu ośmiu lat.
Jak to: już nie warto? Mamy się położyć i czekać na śmierć, bo nie mamy już dwudziestu lat? Prof. Popiołek ma inne zdanie, bo uważa, że starość – z psychologicznego punktu widzenia – nie istnieje. Jest dzieciństwo, kiedy gaworzymy i uczymy się wiązać kokardki na butach, jest adolescencja – wiek nastoletni, kiedy szaleją nam hormony, dostajemy trądziku i zakochujemy się po raz pierwszy – która oddziela dzieciństwo od wieku dorosłego. A potem jest wiek dorosły. To może być wczesna dorosłość, późna dorosłość – nie ma jednak psychologicznego portretu człowieka starego. Można odmalować taki obraz dziecka, nastolatka, dorosłego – ale już nie ma różnic pomiędzy kimś, kto ma trzydzieści lat, a kimś, kto ma siedemdziesiąt. Jedyne różnice wynikają z nagromadzonej wiedzy i doświadczenia oraz ewentualnie z procesów chorobowych – ale nie z racji wieku jako takiego.
W latach 60. opracowano koncepcję adaptacji do starości – na rynek pracy wchodziły pokolenia powojennego baby boomu i dojrzali musieli zrobić im miejsce, inaczej rządy miałyby problem. Zaczęto więc wypychać osoby 50+ w smugę cienia. Że już nie dają rady, że muszą ustąpić młodszym – sprawniejszym intelektualnie, bardziej kreatywnym. Mniej więcej wtedy zaczęła się ta „moda na młodość”.
Niestety, ten stereotyp przetrwał i nadal ma się świetnie. „To idzie młodość!”, prawie krzyczeli wizjonerzy z Doliny Krzemowej, eksperci nowych technologii. „Młodzi ludzie są po prostu mądrzejsi”, oświadczył Mark Zuckerberg. Jeden z szefów Pay-Pala ufundował nawet sto tysięcy dolarów nagrody dla „błyskotliwych i młodych”, którzy rzucą szkołę, żeby zacząć robić dochodowe biznesy. Wydawało się, że faktycznie – osoby w późnej dorosłości są stracone dla świata nauki, techniki, a nawet sztuki. Przecież już Albert Einstein powiedział, że człowiek albo dokona ważnego odkrycia przed czterdziestym rokiem życia, albo nie dokona go wcale.
Przyjrzyjmy się jednak faktom. W latach 80. średni wiek laureatów Nagrody Nobla z fizyki wynosił pięćdziesiąt lat – i od tamtej pory nie przestaje rosnąć. Tak samo jak wiek założycieli najprężniej rozwijających się firm. Co zaskakujące, firma założona przez pięćdziesięciolatka ma dwukrotnie większe szanse na to,
że się rozwinie, umocni swoją pozycję i zarobi dla inwestorów. Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że dojrzali dorośli, w wieku 50+, są lepsi w podejmowaniu decyzji, jeśli decyzja ta jest powiązana z przeszłymi wyborami. Po prostu lepiej łączą fakty, korzystając ze swojego doświadczenia. Młodsi są lepsi w podejmowaniu szybkich decyzji, porównywaniu różnych opcji. Ale w życiu najczęściej jednak spotykamy się z sytuacją, w której musimy skorzystać z doświadczeń. Ta umiejętność przychodzi z wiekiem.
Jest tylko jedno „ale”. Musisz w to naprawdę
UWIERZYĆ. A nie jest to łatwe, bo nasz świat nie lubi ludzi dojrzałych. Zwłaszcza kobiet, niestety. Starzec – to mędrzec, ktoś, do kogo można się zgłosić o poradę; starucha to w najlepszym wypadku wiedźma, w najgorszym – niedołęga, niemądra, stara i godna politowania. Gdzieś w okolicach czterdziestki wiele z nas nabiera przekonania, że nic nas dobrego już nie czeka. Na udach cellulit, pod oczami wory, na schodach zadyszka, a na ulicy wołają: „Z tyłu liceum, z przodu muzeum”. „Na co ja mogę jeszcze liczyć? Wszyscy faceci wolą młodsze, nawet mój były wyprowadził się do kobiety młodszej ode mnie o dziesięć lat”, płacze Alicja (pięćdziesiąt dwa lata). „Przecież jest jasne, że ja już niczego nie osiągnę w instytucie, ostatnio moim szefem został facet tuż po trzydziestce!”, narzeka Ilona (czterdzieści siedem lat), naukowczyni. Został, został, bo chociaż Ilona zajmuje się edukacją, dziedziną opanowaną przez kobiety, na nielicznych mężczyzn w tej działce czekają szklane ruchome schody, które wiozą ich szybciutko na dyrektorów instytutów, dziekanów, rektorów, a nawet – ministrów.
Alicja i Ilona uważają, że przed nimi nie ma żadnej przyszłości. I teraz zadanie dla ciebie. Odpowiedz jednym zdaniem:
CO TO ZNACZY: MŁODA?
Gdy chwilę nad tym pomyślisz, dojdziesz do wniosku, że nie chodzi wcale o brak cellulitu, siwych włosów czy o młodszego partnera, tylko – o przyszłość. Uważamy, że młodzi są przyszłością, mają przed sobą przyszłość, a my JUŻ NIE. I tu tkwi problem, tu popełniamy podstawowy błąd, ponieważ myśląc tak, że nie ma przed nami przyszłości, nic już na nas nie czeka, na własne życzenie fundujemy sobie starość w najgorszym wydaniu, mentalny koniec, intelektualne, psychiczne i fizyczne kurczenie się zasobów.
Nasza wspólna znajoma kiedyś pojechała do schroniska po psa. Na trawniku przed głównym wejściem na Paluch spotkała sympatyczne małżeństwo: rozłożyli stolik z parasolem, dwa krzesła, czytali sobie książki, a na trawie obok leżał kundelek. „Przepraszam, czy nie chciałaby pani wziąć tego psa?”, zagaiła kobieta. Znajoma przystanęła zaskoczona, zaczęła wypytywać, o co chodzi. Otóż śliczna, srebrzysta suczka przyplątała się do sympatycznego małżeństwa na spacerze. Wzięli ją do mieszkania, umyli, nakarmili i napoili, a potem zaczęli szukać jej nowego domu. „Ale dlaczego państwo jej sobie nie zostawią?”, zapytała znajoma, bo uznała, że jeśli ktoś wkłada tyle emocji i energii w znalezienie psu domu, to musi tego psa bardzo lubić. „Bo weterynarz powiedział, że ona pożyje jeszcze z dziesięć lat, a my jesteśmy STARZY”, odparła pani z uśmiechem na ustach. Ci ludzie byli po sześćdziesiątce. Założyli, że nie przeżyją kolejnej dekady.
Nie byli chorzy. Wyglądali na zdrowych, byli szczupli i uśmiechnięci. Ale uznali, że zaczęli już proces odchodzenia. Oto adaptacja do starości w całej krasie: dobrowolne wycofanie się z życia na znak zbliżającej się śmierci.
Szkoda, że ci mili państwo nie uznali, że mogą być jak Jeanne Calment, Francuzka, która wiele lat była uznawana za najdłużej żyjącą kobietę na świecie i która zmarła w wieku stu dwudziestu dwóch lat (choć pojawiały się wątpliwości dotyczące jej faktycznego wieku). Calment do sto siedemnastego roku życia paliła papierosy, jadła kilogram gorzkiej czekolady tygodniowo, piła szklaneczkę porto i jeździła na rowerze. Była autorką serii wspaniałych bon motów, takich jak: „Mam tylko jedną zmarszczkę i właśnie na niej siedzę”. Ale jej najbardziej znany cytat brzmi: „Młodość to stan umysłu. Nadal jestem młodą dziewczyną, tylko od siedemdziesięciu lat nie wyglądam już tak dobrze jak kiedyś”.
Młodość to stan umysłu. Warte zapamiętania.
Brak przyszłości jest dla nas zabójczy. Podobno przedstawiciele Pierwszych Narodów w USA pojmani umierali w więziennych celach – nie znając pojęcia czasu, nie rozumieli, kiedy odzyskają wolność, a bez niej nie umieli i nie chcieli żyć. Bo nie da się żyć z poczuciem, że nic cię już nie czeka. Nie sądzisz?
No, to teraz się zastanów, ile razy powiedziałaś:
• Studia? No skąd, jestem na to za stara!
• Randki? No co wy, w moim wieku…
• Topless na plaży? Nieeee, to dobre dla młodych.
• Szkoda, że kiedyś, gdy byłam młodsza…
Monika: Właśnie, przyszłość, marzenia! Zawsze chciałam napisać książkę nad Lago Maggiore – to przepiękne jezioro polodowcowe na pograniczu Włoch i Szwajcarii. Moje ulubione miejsce na świecie, marzyłam o tym od dekady. Pamiętam dzień, kiedy to marzenie się we mnie zrodziło: byłam w Warszawie, w tłumie ludzi, pacjentek, i całkowitym chaosie życia. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że kiedyś, za wiele lat, tu przyjadę do domu z widokiem na góry, jezioro, palmy i będę pisać, pisać. Znalazłam dom. Postanowiłam spędzić w nim moje pięćdziesiąte urodziny. Sama z Winstonem. Nie, nie chodzi o Churchilla, chociaż są pewne cechy wspólne. Winston to mój malutki charcik włoski. Inteligencja i urok osobisty. Cały sir.
I oto jestem. Królik z kapelusza. Marzysz, planujesz, realizujesz i oczekujesz… zmian, inspiracji i przełomów. Tylko pamiętasz, co ci mówiłam? Ja się boję sama spać!
Winston nie jest psem obronnym, więc w wymarzonym domu nad jeziorem co noc boimy się wspólnie. On zawija się wokół moich nóg i śpi. Ja słucham i patrzę, czy jest bezpiecznie. Ten dom jest naprawdę dość odizolowany od innych. Wjeżdża się do niego po wielu serpentynach, jak do zamku księżniczki. De facto jestem tu sama. Pięknie nie? Tylko… ja się boję sama spać na odludziu. Ale menopauzy boję się bardziej. O trzeciej w nocy sama ze sobą rozmawiam. Jestem tutaj już dwa tygodnie, piszę książkę – że menopauzy nie trzeba się bać. Ja też się boję jej trochę mniej. Starzenie się i ciemność nie są już takie przerażające. Mierzę się z nimi. Nawet zaczęłam gasić światło w nocy. No dobra. Przypomina mi się, jak kiedyś bardzo, ale to bardzo bałam się wysokości. Uparłam się, żeby przejść kamiennym mostem nad przepaścią. Najpierw stałam dwadzieścia minut i zbierałam się w sobie. Weszłam trzy kroki i wracałam. Potem dalej. Tłumaczyłam sobie, że wszystko jest w mojej głowie. Bariery. Lęki. Wpadło mi do głowy, że przejdę… na czworakach. I tak zrobiłam. A co na to inni ludzie? A co mnie to obchodzi! Ciebie też nie powinno. Czasem warto zejść do parteru i ruszyć do przodu, choćby – na czworakach. Przeszłam ten most. A wróciłam już normalnie, na dwóch nogach. W ogóle nie było strasznie. Byłam taka dumna! Zawsze istnieje coś, co można zrobić, żeby być bohaterką, bohaterem. Choćby… pełzającą bohaterką. Czasem tylko pełzając, można spełnić marzenia!
Widzisz? W życiu trzeba mieć pasję, która pcha cię do przodu i sprawia, że masz przed sobą przyszłość – bo na coś czekasz. Ważny jest cel, który z tej pasji wynika. W psychologii istnieje fascynujące zjawisko, nazywane efektem Zeigarnik (od nazwiska radzieckiej badaczki Blumy Zeigarnik). Odkryła ona, że ludzki mózg ma zakodowaną skłonność kończenia zadań, domykania. Najlepiej pamiętamy to, co wydawało się niezakończone – chociażby jak ostatnia scena Przeminęło z wiatrem. „Pomyślę o tym jutro”, powiedziała zapłakana Scarlett O’Hara, a potem były już tylko napisy końcowe. I? I? I co się stało jutro, do cholery? Do dziś wiele kinomanek zadaje sobie to pytanie, powstały niezliczone wersje dalszych losów Scarlett właśnie dlatego, że męczy nas ten ciąg dalszy, a raczej jego brak – a więc potencjał PRZYSZŁOŚCI.
Scenarzyści doskonale znają tę sztuczkę i wykorzystują efekt Zeigarnik jako tzw. zawieszenie na krawędzi klifu. Akcja wartkiego odcinka serialu musi się kończyć takim zawieszeniem. Przed napisami końcowymi widz musi zapytać: I? I?
Dlatego nie pozwalaj, żeby w twoim życiu pojawiały się napisy końcowe bez tego pytania: co dalej? Co jutro, co za miesiąc, za dziesięć, dwadzieścia lat? Nie, to wcale nie jest abstrakcyjne, wcale nie jest bez sensu. Nie możesz wykluczyć, że będziesz żyć dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat, a nawet i nieskończoność – nie możesz wykluczyć, że ludzkość po prostu opracuje lek pozwalający na wieczne życie. To nie jest prawdopodobne i zapewne nie byłoby dobre, ale nie możesz być pewna, że tak się nie stanie.
Dbaj o to, by często zawieszać akcję swojego życia na krawędzi klifu. Wtedy nigdy, nigdy nie będziesz stara, choćbyś nawet przeżyła Jeanne Calment.

Sztuka kobiecości

Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie

Zaczyna się od Ciebie


*Drogi Kliencie, zapisując się na newsletter nowego administratora serwisu kulturalnysklep.pl - spółki Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji e-mail o promocjach, nowościach i przedsprzedażach w kulturalnysklep.pl, a także treści marketingowych i artykułów dotyczących innych usług tego podmiotu oraz spółek z 